Śmierć, która nie zabiera z domu

W mojej codziennej pacy z osobami bezdomnymi śmiertelność wśród podopiecznych jest spora, zwłaszcza w okresie nie tyle mocnej zimy, co w przejściowym, jesienno zimowym czasie. Choć tak jak zawsze i tu zdarzają się wyjątki. Bezdomność, przez wielu kojarzona ze świadomym wyborem, aktem własnej woli, jest tak naprawdę stanem beznadziejnym bez znaczenia, jakie jest jej źródło pochodzenia. Największym dramatem bezdomności, nie jest też błędnie kojarzony przez wszystkich nałóg, czy to alkoholowy, narkotykowy, hazardowy – a samotność. To ona towarzyszy w całym bezdomnym życiu, w chwili śmierci i… po niej.

Face of the Homeless
JB London / Foter / CC BY-NC

Śmierć. W kartach zgonu osób bezdomnych, które przechodzą przez moje ręce najczęściej wpisywana jest jedna przyczyna: ostra niewydolność układu krążenia. Jak wygląda to w praktyce – źle! Bywa i tak, że ciała bezdomnych odnajdywane są po paru miesiącach. Nikt nie zgłasza zaginięcia, bo nikt nie szuka. Przypadek sprzed paru tygodni, dotyczył człowieka, który przedostał się na teren nieczynnej, jednak strzeżonej fabryki, gdzie zmarł. Jego zwłoki zostały znalezione przez innego bezdomnego, który po trzech miesiącach od tamtego zdarzenia, także szukał miejsca dla siebie, na chwilę, na noc… Śmierci osób bezdomnych często towarzyszy samotność, ta sama, która towarzyszyła im w tułaczym trybie życia. Z perspektywy emocjonalnej, nie wiem czy może być coś gorszego, niż śmierć w samotności, w życiowym bałaganie, na dnie beznadziei.

Pogrzeb. W przypadkach niektórych osób bezdomnych pogrzeb był i wciąż jest dla mnie dużym przeżyciem. Zacznijmy od rodziny. Często jest tak, że można odnaleźć rodzinę, która bierze na siebie obowiązek ostatniego pożegnania i nie chodzi mi tu wcale o mechanizmy finansowe, ale po prostu o zajęcie się sprawą. Są też i takie przypadki, w których rodzina mimo namierzenia, odmawia definitywnie zajęcia się zmarłym. Dramat jaki odbywa się wewnątrz serc tych ludzi pozostaje bez dyskusji, i rzutują na niego doświadczenia związane już ze zmarłą osobą, która jeszcze podczas życia musiała im wyrządzić wiele krzywd. Jednak, czy warto jest pielęgnować w sobie tę zadrę? Czy nie warto na pogrzebie pojednać się i zamknąć raz na zawsze ten bolesny rozdział życia?

W sytuacjach, w których osoba bezdomna nie ma rodziny, albo nie udało się zidentyfikować zmarłego jestem współodpowiedzialny ustawowo za zorganizowanie pochówku i moralnie za zabezpieczenie księdza. Mam szczęście, że znalazłem kapłana, który po pierwszym takim pogrzebie, zgodził się wspomagać mnie w następnych. Pogrzeby te są bardzo specyficzne, a scenariusz jest bardzo podobny. Gmina zabezpiecza wszystkie elementy składowe pochówku, wraz z miejscem spoczynku. Podczas ostatniego pożegnania, najczęściej jestem ja, jako pracownik socjalny, ksiądz i… tyle! Wszystko jednak przebiega z takim samym szacunkiem, bez względu czy jest to ostatnie pożegnanie osoby bezdomnej, czy „kochanego dziadzia”. Podczas takiego pogrzebu, czuć jednak, że coś jest nie tak, że tak nie powinno być, że mimo wszystko powinna być choć jedna osoba która zapłacze i zaszlocha, a tu – cisza.

Pamiętam, kiedy ponad rok temu sprawiany był pogrzeb osoby NN (Nikomu Nieznanej). Wszystko przebiegałoby według wspomnianego wyżej scenariusza gdyby nie… obecność rodziny. Nie ukrywam, że byłem zdezorientowany. Po ceremonii podszedłem do żałobników i dowiedziałem się, że ciało wprawdzie nie zostało w pełni zidentyfikowane, jednak chcą uczestniczyć w pogrzebie, ponieważ prawdopodobnie osobą pochowaną jest ich brat.

Homeless Sofa
The Nick Page / Foter / CC BY

Pamiętam też proste słowa księdza podczas jednego z takich pochówków, które brzmiały mniej więcej tak: „Życie w samotności, śmierć w samotności i pogrzeb… w samotności”.

  • mtjk

    Kolejny dobry wpis! Mimo, że tematyka dość smutna to dobrze się czyta. Czekam na kolejny.