Popołudniowe pasmo nieszczęść

Jakiś czas temu wskutek przejawów braku posłuszeństwa mojego dwudziestojednoletniego samochodu wybrałem się do warsztatu, celem naprawy. Zapewne przewidujący czytelnik, zaraz pomyśli, że zostałem oszukany przez fachowca – jednak nic z tych rzeczy! Sprawa będzie dotyczyła tu zupełnie innej materii. Nowoczesne warsztaty mają to do siebie, że posiadają wydzieloną strefę, gdzie klienci mogą oczekiwać na naprawę swego auta, w przyjemniejszych warunkach niż chłodna hala. Tak było i tu. W pomieszczeniu oczekiwań znalazła się sofa, radio, prasa, herbata, kawa i… włączony telewizor. Co będzie tu bardzo istotne, nie oglądam telewizji już od parunastu lat, wprawdzie w domu mam odbiornik jednak nie posiadam ani anteny, ani kablówki – jest on jedynie sprzęgnięty z komputerem i wyświetla wyłącznie treści, które sam mu narzucę. Wracając jednak do meritum, ów telewizor i nadawane w nim pasmo popołudniowe wzbudziło moje największe zainteresowanie. A z racji tego, że nie mogłem wyjść z pomieszczenia (na zewnątrz ziąb i mróz) oglądałem z pasją TV!

La mejor calidad de imagen
Rodrigo Basaure / Foter / CC BY

Spędziliśmy ze sobą cztery ekscytujące godziny, od 14:00 do 18:00, a telewizja raczyła mnie tym, co w niej najlepsze, było to bez wątpienia popołudniowe pasmo nieszczęść. Najpierw w transmisji pojawiło się coś na wzór serialu, sam już nie wiem co to było, natomiast zauważyłem, że w telewizji jest tego więcej. Nie grają tam prawdziwi aktorzy, tylko ludzie z łapanki i zachowują się jakby ktoś z nimi prowadził wywiad. Dziwne!? Pierwszy serial dotyczył problemów w szkole. Ot, codzienności gimnazjalisty. I co okazało się standardową szkolną historią? Perypetie chłopca, który uprawia sex z koleżankami i kiedy chce jedną zmienić na inną, ta zarzuca mu, że jest w ciąży i mimo że później okazuje się, że jest to blef – historia jest dość poważna. Nie wiem czy nie za poważna jak na gimnazjum, bo kiedy ja byłem w ostatnich klasach ośmioletniej podstawówki (to chyba odpowiedniki dzisiejszego gimnazjum) sexu z koleżankami nie dozowałem. Może to wstyd? Co?

Następnie pojawił się talk-show z zaproszonymi „nieudacznikami”, bo inaczej niestety nie mogę ich nazwać. Odcinek, na który ja natrafiłem w tym konkretnym dniu, dotyczył kawalerów, których matki za cel nadrzędny obrały znalezienie żony dla swoich pociech, za wszelką cenę, nawet po trupach. Poziom wynurzeń intymnych był naprawdę wysoki. Większość opowieści nie interesowała mnie wcale. Jednak telewizor mówił, więc ja słuchałem. O tym, że wszystko krążyło wokół sexu, chyba nie muszę wspominać. Najciekawsze w tego typu programach jest to, że wszyscy doradcy, razem z prowadzącą nie pomagają osobie zaproszonej rozwiązać problemu, mimo iż kreują siebie właśnie na „pomagaczy”. Zamiast prawdziwej rady, wyciągają ze swojej ofiary wszystko co intymne i skryte, by zaraz rzucić to przed miliony widzów. Ot, takie dobre duszyczki!

SEX
je@n / Foter / CC BY

„Najlepszy” jednak program pojawił się na końcu. Ten opowiadał o perypetiach trzydziestolatków i też tyczył się tematyki związanej z… sexem! Przypomnę raz jeszcze, że znajdujemy się w paśmie popołudniowym. Ale tu, już nie było błahych spraw jak te, które dzieją się w gimnazjum. Tu była moc dewiacji! A, co! Historia skupiła się na dobrze zarabiającym mężczyźnie, który spotyka sympatyczną kobietę w barze i po drinku idzie z nią do łóżka. Kiedy budzi się rano u niej w mieszkaniu, do pokoju wchodzi konkubent proponując nie spuszczenie łomotu, a… śniadanie. Jak okazuje się potem, pani żyje z wieloma partnerami – bo lubi. Nie, że jest puszczalska, o to to – to nie – lubi i jest wyzwolona. Nasz bohater zszokowany całą sytuacją, po felernym poranku ucieka. Szybko jednak powraca – wszak sex dla niego jest ważniejszy i jak okazuje się dla tej inwestycji, jest w stanie wybaczyć innego partnera. Z każdą minutą tego programu poziom skompilowania sytuacji wzrasta. Kobieta zachodzi bowiem w ciąże, jednak by wszystkim żyło się lepiej, zabrania przeprowadzenia testów DNA. Mężczyźni rywalizują między sobą o to, kto jest lepszym i prawdziwszym ojcem dla dziecka po porodzie. Koniec końców dochodzi do testów DNA, z których wynika, że żadnen z domniemanych ojców, ojcem nie jest. W tym momencie – umarłem!

Być może jestem lekko zszokowany, ponieważ nie oglądałem telewizji od dawna. Tak jak wspomniałem wcześniej, oglądam jedynie to, co chce. Jestem na bieżąco z kinem europejskim i światowym – jednak zdecydowanie zatrzymałem się na paśmie edukacyjnym serwowanym w latach mojego dzieciństwa przez publiczną telewizje. My, dzieci lat osiemdziesiątych mieliśmy „Pi i Sigmę”, były też zadania matematyczne rozwiązywane na antenie, „Kwant” i już chyba nadawana po za pasmem edukacyjnym „Sonda”. W tamtych czasach buntowniczą nazywano – Telewizje LUZ, czyli pasmo dla młodzieży – tyle że tam żadnej dewiacji nie było.

Być może zabrzmi to trywialnie, ale żywo martwię się o te dzieci, które wracając ze szkoły, jedzą obiad akurat przy włączonym telewizorze. Czy „normy” zachowań podawane przez media są rzeczywiście „normami”? Czy to, co widzą, nie jest asymilowane w jakiś sposób i nie rzutuje na ich późniejsze zachowania? Niechałbym wyjść na szalonego kaznodzieje, ale z telewizją jest trochę jak ze zdrowym żywieniem. Można pójść do sklepu i kupić mnóstwo niezdrowej papki, można też poszukać i kupić coś wartościowego. Tyle, że w przypadku telewizji z wartościowymi treściami jest coraz trudniej.