Dzień dobry

Zwrot „dzień dobry” używany jest wtedy, kiedy chcemy życzyć komuś dobrego dnia. Wedle zasad savoir vivre „dzień dobry” mówi zawsze młodszy – starszemu, podwładny – przełożonemu, mężczyzna – kobiecie, grzeczniejszy temu – kto zwleka z pozdrowieniem, osoba dochodząca do osób oczekujących. Tyle w teorii, jak jednak jest w praktyce?

Ja, witam się w zasadzie z każdym kogo spotykam cyklicznie. Co ciekawe zdarzają się osoby, których tak naprawdę nie znam, jednak przez grzeczność i przez to, że widujemy się dość często – na ulicy, w korytarzu w pracy – kieruje do nich powitalne pozdrowienie, a te… nie odpowiadają. Patrzą na mnie na mnie przez ułamek sekundy, po czym spuszczają wzrok i idą dalej. Skoro patrzą, to znaczy że mój głos został usłyszany i dotarł do mózgu, jednak nastąpiła reakcja, a jest nią… wymuszony brak reakcji. Czemu nie odpowiadają? Coś by się stało, gdyby powiedzieli mi również „dzień dobry”? Nie jestem z nimi w konflikcie, bo jak już zaznaczyłem nie znamy się specjalnie. O co więc chodzi? O to, że jak odpowiedzą na moje powitanie, to podejdę do nich i spytam, czy nie mają pożyczyć pieniędzy do końca miesiąca? Boją się, że staniemy się „znajomymi” przez jedno „dzień dobry”? Nie wiem, nie rozumiem, nie orientuje się!

Kiedy stoję i rozmawiam z kimś ważnym (obiektywnie ważniejszym ode mnie w hierarchii społecznej), nagle zaczynają mnie zauważać osoby, które wcześniej mnie nie widziały, a to odpowiadają na moje dzień dobry, a to podają mi rękę. Szkoda tylko, że nie jest to wcale szczere.

W kulturze zachodu, przychodzi im to jakoś łatwiej. W Stanach na pytanie – Jak się czujesz? – odpowiadają, że wszystko jest super i ok. Nawet jeśli ktoś miałby raka nerki i umierał, będzie zdecydowanie nastawiony pozytywnie do życia, w każdym razie w wymiarze zewnętrznym.

charla de autobus
Baala / Foter / CC BY-NC

Ludzie u nas nie są gotowi na uprzejmość, czują się z nią nieswojo. Początkiem tygodnia przydarzyła mi się oto taka sytuacja. Jadę w autobusie. Dostrzegam, jak młoda kobieta chce kupić u kierowcy bilet przedstawiając mu banknot stu złotowy. Kierowca patrzy się z politowaniem na kobietę i oznajmia, że jej biletu nie sprzeda, bo nie ma jak jej wydać reszty. Kobieta rusza w autobus chcąc rozmienić pieniądz. Czy się udaje? Nie. Widząc sytuację podchodzę do niej i mówię, że skasuje jej jeden bilet z karnetu i żeby się nie martwiła, po czym faktycznie kasuje bilet. Pani uśmiecha się niepewnie, dziękuje zdezorientowana, po czym wyciąga telefon, wybiera numer i mówi – Kochanie, już wracam, będę niedługo. Pani jechała przez całą podróż zwrócona do mnie plecami. Dlaczego? Bała się, że może chce ją poderwać? Że jak już daje komuś bilet za niecałe trzy złote, to muszę mieć w tym interes. A co jeśli interesu nie ma? A co jeśli jest tylko życzliwość?